Nikon Zf ~1000 dni później

Moja słabość do aparatów nawiązujących stylistyką do zamierzchłych konstrukcji analogowych nie jest żadną tajemnicą. Z zainteresowaniem przyglądam się wszystkim nowym produktom tego typu, więc nie inaczej było w przypadku premiery tytułowego bezlusterkowca. Nie był to aparat, którego potrzebowałem, ale za to bardzo chciałem go spróbować - szczególnie, że nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z Nikonem. A skoro pojawił się w końcu nikonowski korpus, który zaintrygował mnie swoją estetyką, nie było innego wyjścia - skarbonka musiała pęknąć. Popstrykam, pobawię się, najwyżej sprzedam - pomyślałem wtedy, racjonalizując sobie tę niezbyt roztropną decyzję. Dziś, po ponad 1000 dni, postaram się na chłodno ocenić, czy jest czego żałować.

Nikon należy, obok Sony i Canona, do wielkiej japońskiej trójcy trzymającej łapę na przeważającej większości rynku fotograficznego. Ale mimo, że jest to marka wysoce rozpoznawalna, zawsze się z nią mijałem. Jeszcze w czasach świetności lustrzanek cyfrowych kojarzyła mi się głównie z doskonałym autofocusem, pancernymi konstrukcjami z puchnącymi okleinami, rzekomym żółtym zafarbem na zdjęciach i smarem na matrycy. Później Nikon długo zwlekał z wprowadzeniem poważnego systemu bezlusterkowego i tym samym kompletnie zniknął z mojego radaru. Gdy już zdecydował się to zrobić, moje pieniądze dawno zdążyłem przepuścić na inne systemy. Pierwszy moment, kiedy Nikon mi o sobie przypomniał, to wprowadzenie modelu Zfc - aparatu, który wyglądał tak jak trzeba, ale brak stabilizowanej matrycy i dziurawa oferta obiektywów APS-C skutecznie mnie od niego odstraszyły. Dopiero późniejszy model Zf, już pełnoklatkowy, na papierze miał wszystko to, czego oczekiwałem od aparatu dla wymagającego entuzjasty.

Swoje uwagi i spostrzeżenia będę konstruował w odniesieniu nie do innych produktów Nikona, ale głównie do konkurencyjnych produktów Fujifilm, z którymi miałem najwięcej do czynienia i do których mogę porównać Zf bezpośrednio. Fotografuję amatorsko i najbliżej mi do niszy streetowo-urbanistycznej, jeśli chodzi o tematykę moich prac. Nie będę więc wchodził w buty kotleciarzy, ptasiarzy, landszafciarzy, portreciarzy i innych, o których pracy mam co najwyżej mgliste, ale na pewno nie wystarczające pojęcie (choć, o zgrozo, takie zdjęcia również sporadycznie robię). Na podstawie opublikowanych tu zdjęć można wywnioskować, w jakich warunkach i zastosowaniach wykorzystywałem ten aparat. Nie filmuję, zatem i ten aspekt zupełnie pominę. Wywołałem śladową liczbę RAWów na komputerze, ale to były zdjęcia z roboty, których tutaj nie pokażę - wszystkie zdjęcia tutaj prezentowane są JPEGami wygenerowanymi przez silnik aparatu, w zerowym lub minimalnym stopniu edytowanymi. I to tyle jeśli chodzi o wstęp.

Wygląd i jakość wykonania

Nie ma co owijać w bawełnę, pod względem wzornictwa ten korpus to prawdziwa petarda. Kształty ma wręcz idealnie skopiowane z legendarnego analogowego Nikona FM2 i jemu podobnych z epoki jego panowania. Charakterystyczna spiczasta obudowa wizjera wyściełana skóropodobną okleiną, na wzór obudowy pryzmatu, to pierwszy element, który rzuca się w oczy. Kolejnym są pokrętła z naniesionymi wartościami czasów i czułości, jak również pokrętło kompensacji ekspozycji - tutaj podobieństwo do Fujifilm X-T5 jest wręcz uderzające. Na tylnej ściance jest sporo przycisków, ale nie jest ona nimi przeładowana, co w połączeniu z obrotowym ekranem, który można kompletnie zamknąć, daje czystą i nieprzesadnie nowoczesną formę. Wszystkie pionowe powierzchnie, za wyjątkiem klapek skrywających porty, oklejone zostały gumową okładziną o ładnej fakturze. Przez długi czas Zf dostępny był jedynie w kolorze czarny, z okleinami w różnych fikuśnych kolorach do wyboru (wiadomo, że jedynie słuszny jest czarny), a jakoś po 1,5 roku od premiery pojawiła się też wersja srebrna. Gdybym miał się przyczepić do jednej rzeczy, która nieco psuje i tak już dobre wrażenia estetyczne, byłby nią masywny przegub ekranu, wystając wyraźnie i uwypuklając narożnik korpusu. Wygląda to trochę tak, jakby element ten został dołożony już na ostatnim etapie projektowania. Dało się to zrobić lepiej - nawet w Zfc nie wygląda to tak topornie.

Mam też pewne uwagi co do samej wielkości Zf. Podczas gdy proporcje aparatu wyglądają tak, jak powinny, to całościowo wszystko jest w nim odrobinę większe, niż pamiętamy to z lustrzanek z lat 70-tych czy 80-tych. Gdyby tak z każdej strony udało się zabrać choćby z 5% wymiarów, aparat zyskałby na lekkości. I wcale nie chodzi tu o wagę, choć ta też jest nieco więcej niż słuszna, a bardziej o pękatość całej konstrukcji. Sam bagnet ma średnicę otworu studzienki kanalizacyjnej. Po co? W bajkę o tym, że dzięki temu da się projektować lepsze i mniejsze obiektywy uwierzyłbym, gdyby systemy z mniejszymi bagnetami faktycznie miały gorsze i większe obiektywy. A z reguły mają je tak samo dobre i często nawet mniejsze. Dla mnie to przerost formy nad treścią. Nie jest to bynajmniej dyskwalifikująca wada, a nawet nie taka, która wpływałaby znacząco na ogólną ocenę urządzenia, ale jest ona czymś, co sprawia, że czasem żałuję pozbycia się Fuji X-T5 i wciąż znacznie chętniej korzystam z X100 pomimo wielu jego wad. Byłoby fajnie, gdyby Nikon w kolejnej generacji delikatnie ten korpus odchudził, choćby tylko symbolicznie. Ba, doceniłbym to nawet, gdyby odbyło się to kosztem zastosowania nieco mniejszej baterii lub mniejszego ekranu i wizjera, gdyby było to konieczne. Ale za bardzo w to nie wierzę, a o przyczynie mojego zwątpienia wspomnę w podsumowaniu.

Jakość wykonania jest generalnie co najmniej dobra. Bardzo dobre wrażenie sprawia metalowa górna ścianka wraz z metalowymi pokrętłami, które w dodatku pracują z przyjemnym oporem i odgłosem kliknięcia. Przyciski i przełączniki także sprawiają pozytywne wrażenie, choć nie ma w nich nic nieziemskiego. Ekran zamocowany jest solidnie i nie pracuje zbyt luźno na zawiasie. Waga samego aparatu, mimo że komfortu raczej nie dodaje, to trochę potęguje to wrażenie solidności. Zf jest do tego uszczelniony przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi, co też miałem okazję wielokrotnie sprawdzić podczas umiarkowanie deszczowej pogody i mrozów - oczywiście nic złego się nie wydarzyło. Niestety pewne zgrzyty pojawiają się, gdy przyjrzymy się aparatowi z bliska. Dolna ścianka jest plastikowa (poza metalową blaszką w bezpośredniej okolicy gwintu statywowego), łatwo się rysuje i wydaje pusty odgłos, gdy się w nią postuka palcem. Podobnie jest z klapką komory baterii - plastikowa luźno latająca tandeta. Największe wątpliwości budzą jednak gumowe osłony portów, które po jakimś czasie z pewnością się odkształcą. W moim egzemplarzu już widać, że delikatnie nabrzmiały. Trzymają się jeszcze dobrze, nie odstają jakoś mocno, ale trąci to fuszerką.

Ergonomia użytkowania

Zapewne wiele wątpliwości co do wygody użytkowania budzi sama forma Nikona Zf, a konkretnie brak wyraźnie wyprofilowanego uchwytu. Osobiście jestem do tego typu konstrukcji już przyzwyczajony i chyba nawet duży grip bardziej by mi przeszkadzał, niż w czymkolwiek pomagał. Owszem, sam ciężar aparatu, szczególnie w połączeniu z ciężkim obiektywem sprawia, że zestaw taki nie nadaje się do trzymania w jednej ręce, bez podparcia go drugą. Z małymi lekkimi szkłami jeszcze ujdzie, choć po dłuższym czasie robi się niewygodnie i bez paska nadgarstkowego nie ryzykowałbym noszenia go w taki sposób. W przypadku Zf preferuję pasek przewieszony po przekątnej tułowia i wtedy aparat może sobie dyndać na biodrze, a w ręce trafia tylko wtedy, gdy jest potrzebny. Jeśli ktoś nosi aparat w taki sposób, to nie powinien być zawiedziony. Dla tych z kolei, którzy lubią wytarmosić aparat jak chłop widły, tuż po premierze (nie wiem jak jest obecnie) do zestawu dołączany był dokręcany grip - wygodny, ale ciężki i psujący wygląd, wobec czego nigdy go nie używałem. Można też kupić mały doklejany uchwyt pod kciuka, co też uczyniłem - znacząco poprawia on komfort użytkowania.

Zf ma kilka ciekawych rozwiązań, które podobają mi się pod względem ergonomicznym. Błahym, ale jakże wygodnym, jest usuwanie zdjęć jednym przyciskiem: wciskasz śmietniczek raz na wybranym zdjęciu i drugi raz, żeby potwierdzić. Bez szukania OK czy latania po jakimś menu, w którym aparat co chwilę będzie pytał, czy na pewno jesteś pewny… Szybko i sprawnie. Lubię też taki typ poziomicy wyświetlanej na ekranie i w wizjerze, która siedzi sobie przy brzegu kadru i nie przeszkadza, w przeciwieństwie do tego a’la sztucznego horyzontu na samym środku kadru, jaki jest w aparatach Fuji - w Nikonie zrobiono to dobrze. Sloty na karty pamięci są dwa, choć nietypowe: SD i MicroSD. Osobiście traktuję ten model jako czysto amatorski, więc jeden slot by wystarczył, ale ten drugi też nie zaszkodzi. I nie przeszkadza mi, że są one ulokowane w komorze baterii - skoro się tam zmieściły, to po cholerę kolejna dziura i drzwiczki w korpusie? Menu jest dość proste, przejrzyste i logiczne, łatwo się konfiguruje MyMenu. Do tego spore możliwości konfiguracji daje podręczne menu wywoływane przyciskiem i. Za zaletę uznałbym też to, że ogólnie przeważająca większość rzeczy działa tu dokładnie tak, jak byśmy się spodziewali, że powinna działać - prosto, bez udziwnień, bez doktoryzowania się z instrukcji obsługi.

Niestety mam pewien problem z szybką zmianą parametrów ekspozycji tam, gdzie ta szybkość jest wymogiem krytycznym. Przykładowo: zawsze domyślnie mam ustawione AutoISO z progiem przestąpienia na 1/500 s i pracuję w priorytecie przysłony. Przysłonę ustawiam zgodnie z oczekiwaną głębią ostrości i adekwatnie do warunków oświetleniowych. To pozwala mi zawsze i wszędzie, gdy tylko coś się na ulicy dzieje, uchwycić człowieka w ruchu bez kopania się z koniem, czyli aparatem. Często jednak nie dzieje się nic dynamicznego, a ja chcę po prostu sfotografować statyczną scenę, gdzie przy słabym oświetleniu 1/500 s to zbyt krótki czas. Mógłbym sobie na spokojnie pozmieniać wszystko co trzeba, ale za chwilę będę musiał to wszystko poodkręcać, żeby aparat był gotowy do akcji. Nadal chcę kontrolować tylko jeden parametr - przysłonę - ale chwilowo nie chcę tego kagańca w postaci 1/500 s na AutoISO. Co robię w Fuji? Jednym zaprogramowanym przyciskiem wywołuję bank ustawień C1, gdzie mam zapisane inne ustawienie AutoISO (w Fuji można mieć 3 różne ustawienia AutoISO, w Zf tylko jedno), a po ponownym wciśnięciu tego przycisku wracam do poprzednio używanego ustawienia C. Jakie rozwiązanie proponuje Nikon? Żadne, bo w Zf nie ma banków pamięci ustawień (sic!). Jest jedynie pstryczek PASM, który pozwala przełączyć się z priorytetu przysłony na priorytet migawki i samemu ustawić sobie czas (albo użyć czasu już wcześniej ustawionego na pokrętle), ale wtedy kontroluję czas, a nie przysłonę. Można też przełączyć się w tryb manualny, ale wtedy muszę myśleć już o dwóch rzeczach: i o czasie, i o przysłonie.

Kolejna wkurzająca rzecz to zmiana wartości przysłony - najważniejszego dla mnie parametru, w którym gmeram bezustannie. Ponieważ tylko nieliczne obiektywy z bagnetem Z mają pierścień przysłony, w większości przypadków zmuszony jestem zmieniać przysłonę jednym z kółek kontrolnych na korpusie. Domyślnie przypisane jest do tego przednie kółko, co jest nieszczęśliwym rozwiązaniem, bowiem jest ono głęboko zatopione w korpus i tylko niewielki jego fragment wystaje poza obrys, uniemożliwiając przekręcenie go jednym ruchem palca o jakiś sensowny zakres. Zmiana przysłony np. z f/2 na f/8 oznacza kilkukrotne dziabanie palcem wskazującym po dość ciężko pracującym pokrętle, przez co cała operacja trwa niepotrzebnie długo. Jeśli coś w tym czasie zadziałoby się na ulicy, to byłoby po ptokach... Przeprogramowałem więc funkcję zmiany przysłony na tylne kółko, które wystaje nieco wyraźniej i da się je obrócić bardziej za jednym ruchem kciuka, ale trzeba to robić z wyczucie, bo doklejony uchwyt na kciuk trochę wchodzi tutaj w paradę. Nie pomaga też fakt, że wybraną wartość przysłony widać na malutkim niepodświetlonym ekraniku ciekłokrystalicznym dopiero po włączeniu aparatu. Choć i tak dobrze, że w ogóle jest coś, co pozwala ustawić przysłonę bez zaglądania w wizjer lub ekran główny.

Z pomniejszych upierdliwości, to blokady pokręteł zostały zaimplementowane w sposób nie do końca przemyślany. Blokują się tylko na jednej pozycji: C dla kółka ISO oraz 1/3STEP dla kółka czasów. Ani to koszerne, ani zgodne z zasadami Feng Shui. A na domiar złego blokadę tę trzeba przytrzymać wciśniętą, aby ją zwolnić. Ona powinna działać na zasadzie przełącznika długopisowego na wszystkich pozycjach. W obecnej formie już lepiej, żeby nie było jej wcale. Przedni przycisk funkcyjny z kolei zbyt łatwo przypadkowo jest wcisnąć przypadkowo, toteż przeprogramowałem go na chwilową blokadę ekspozycji, żeby nie narobił problemów. Do wpadek zaliczyłbym też 8-kierunkowy wybierak na tylnej ściance. I wcale nie chodzi o to, że nie jest on dżojstikiem, bo działa w zasadzie tak jak dżojstik, ale jest niestety bardzo mały i łatwo o niezamierzone kliknięcie w niewłaściwym kierunku, szczególnie mając na dłoniach rękawiczki. Pokrywę komory baterii trudno otworzyć mając krótkie paznokcie, a w grubych rękawiczkach w ogóle nie da się tego zrobić. Trochę zabawne jest zastosowanie dwóch osobnych przycisków do powiększania. Do powiększania czego? To dobre pytanie. W trybie fotografowania służy to do powiększania fragmentu kadru. Nie wiem, kto z tego korzysta, ale dałoby się to zrobić jakimś jednym przyciskiem, a zmianę krotności powiększenia powierzyć któremuś z kółek funkcyjnych. Z klei w trybie podglądu zdjęć przyciski służą do powiększania wybranego zdjęcia lub przechodzenia do widoku siatki zdjęć. I tu też bez problemu dało się to zrobić kółkami - jedno służyłoby do przewijania zdjęć, drugie do zmiany oddalania i przybliżania. Ale nie, tutaj oba służą do przewijania zdjęć. Zaś funkcja edycji RAWów, skąd inąd nie najgorsza, też ma swoją drobną upierdliwość: po dokonaniu edycji wybranego zdjęcia i zapisaniu go, podgląd zawsze wraca na sam koniec do najnowszego zdjęcia, a nie do miejsca, w którym znajduje się oryginalny edytowany przed chwilą plik. Za każdym razem trzeba wracać z samego końca do przed chwilą edytowanego kadru, jeśli chce się edytować następny.

Szmery bajery

Za bardzo nie ma o czym tutaj pisać. Żadnych przejawów fotografii obliczeniowej człowiek w Nikonie Zf nie uświadczy. Jest tryb wysokiej rozdzielczości powstający ze złożenia kilku klatek, ale żeby to skleić do kupy, potrzebne jest zewnętrzne oprogramowanie Nikona - darmowe, ale dla mnie osobiście nie warte zachodu. Jest bracketing ostrości, jest jakiś tam HDR i wielokrotna ekspozycja, z których w ogóle nie korzystałem. Oczywiście łączność bezprzewodowa z aplikacją, Wi-Fi, jakieś serwisy w chmurze, do których żeby uzyskać dostęp i połączyć z nimi aparat trzeba się mocno nagimnastykować (choć warto, o czym później…). Jest czyszczałka matrycy, która działa jako tako… Ostatnio, jak sprawdzałem, to kilku drobnych punkcików dało się dopatrzyć na zdjęciach na dużych przysłonach, ale biorąc pod uwagę, że przez ponad 2 lata nic ta nie było ręcznie czyszczone, to i tak jest przyzwoicie. Jest też opcja, bez której żyć nie mogę, a mianowicie wspomniane już przetwarzanie RAWów do JPEGów z całkiem pokaźnymi możliwości wpływania na to, jak te JPEGi będą wyglądać (acz pewne zastrzeżenia mam, ale o tym też później…). Można jeszcze wyprostować perspektywę na zdjęciu post factum i jeśli chodzi o przydatne rzeczy, to to by było na tyle.

A tak, jest też przecież stabilizacja matrycy. Całkiem niezła, porównywalna do X-T5. Do poziomu co lepszych korpusów systemu Micro 4/3 wciąż jej daleko, ale biorąc pod uwagę, że to pełna klatka, spodziewałem się gorszych rezultatów. Podejmując kilka prób da się zrobić nieporuszone zdjęcie szerokokątnym obiektywem z czasem 1 s. Skrócenie tego czasu o połowę daje 50% skuteczności, a przy 1/4 s w zasadzie 100%, o ile nie trzęsiemy się z zimna lub nadmiaru kawy. Stabilizacja ma też funkcję dostosowywana swojej osi do aktywnego punktu AF, czyli koncentruje swoją wydajność na punkcie ostrości kosztem jego brzegów kadru, gdzie można sobie pozwolić na lekką nieostrość. Trochę się tym bawiłem, ale nie trafiłem na ani jeden przypadek, kiedy zadziałałoby to lepiej, niż w standardowym trybie. A czasem zauważałem gorsze działanie, gdy obiekt w kadrze szybko zmieniał swoje położenie - stabilizacja wtedy za nim nie nadążała.

Na największą moją krytykę zasługuję fatalna implementacja funkcji migawki elektronicznej. Owszem, mamy ją na pokładzie, ale jest ona kompletnie bezużyteczna. Dla mnie jej głównym zastosowaniem jest radykalne skrócenie czasu ekspozycji, gdy zakres działąnia migawki mechanicznej już się kończy, tak aby można było fotografować na otwartej przysłonie nawet w słoneczny dzień. W Zf nie da się tego zrobić, ponieważ migawka elektroniczne osiąga maksymalnie 1/8000 s, czyli dokładnie tyle samo, co mechaniczna. Co za cymbał to wymyślił!? Myślę, że jest to umyślnie wprowadzone ograniczenie, którego cel jest dla mnie jednak kompletnie niezrozumiały. I niestety niejedno zdjęcie przez to prześwietliłem, bo zapomniałem, że to nie mam w rękach Fuji i nie mogę sobie latać na f/2 przez cały dzień, licząc na sprawną automatyczną interwencję migawki elektronicznej, działającej z czasem do 1/180000 s. W Nikonie trzeba się zaprzyjaźnić z powrotem z drabinką ekspozycji i ze spuszczonymi spodniami oraz ze spuszczoną głową pogodzić się z przysłoną f/8 bądź szarymi filtrami (badam aktualnie temat filtrów magnetycznych, bo już mnie szlag trafia).

W moim odczuciu Zf jest bezlusterkowcem bardzo prostym, nawet prostszym niż wszystkie puszki Fujifilm jakie do tej pory wpadły w moje łapy. I jest to duży komplement pod adresem Nikona, nawet jeśli do tej pory wydźwięk moich utyskiwań był dość krytyczny. Postawiłbym Nikona na przeciwnym biegunie wobec tego, co oferuje Olympus/OM System. Oczywiście pomijam kwestię filmowania - tutaj one są prawdopodobnie w miarę bliskie współczesnym standardom, choć nie mam kompetencji, żeby to rzeczowo ocenić. Zf jest aparatem tak prostym, że wręcz czasem mam wrażenie, że zatrzymał się w czasach Df, a jedynie wywalono z niego lustro. Jeśli ktoś ceni sobie fotografię niezmąconą nowoczesnymi pierdółkami, które ładnie wyglądają w materiałach marketingowych, ale w użytkowaniu pozostawiają już wiele do życzenia, to powinien się z tym korpusem poczuć jak w domu. Nie wszystkim to będzie pasować, ale moim zdaniem to dobrze, że Nikon wybrał taką właśnie drogę. Jest to aparat trochę inny niż wszystkie inne - masło maślane… Ale to dobrze, że nie wszystkie aparaty są takie same.

Sprawność działania

W zasadzie nie mam czego tutaj krytykować - Nikon Zf wymiata! Zapomniałem, ile on osiąga klatek na sekundę w trybie seryjnym. I wiecie co? Nigdy w nim trybu seryjnego nie użyłem. Spust migawki działa tak lekko, miękko i bez żadnej zwłoki, że z powodzeniem swoim własnym palcem jestem w stanie zrobić sobie tryb seryjny. Około 3-4 kl/s to żaden problem, a przy palec robi sobie trening kardio . Dla mnie to wystarczająco dobry rezultat. Jakież to wyzwalające uczucie, kiedy na kartę pamięci trafia kilkukrotnie mniej zdjęć, bo nie trzeba trybem seryjnym nadrabiać spóźnionych reakcji aparatu. Nieprzeładowana pikselami matryca, wydajny procesor, adekwatny do rozmiaru plików bufor i slot UHS-II to prosta recepta na sukces, której trzyma się Nikon. Włączanie aparatu również jest błyskawiczne, dzięki czemu bez obaw można go wyłączać, gdy jest niepotrzebny i oszczędzać akumulator. Sama wydajność na jednym pełnym ładowaniu jest dobra, podobna jak w Fuji X-T5 - jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym musiał zmieniać baterię w ciągu kilku godzin pracy.

Na osobny akapit zasługuje opis pracy autofocusa. Trybu pojedynczego nawet nie będę omawiał, bo każdy aparat powinien w nim zachowywać się wręcz perfekcyjnie i nie inaczej jest w przypadku Zf. Tryb ciągły z kolei w pierwszym kontakcie robi piorunujące wrażenie. Jeśli ktoś się przesiada z Fuji i pobawi się np. w śledzenie kwiatka na parapecie lub inne tego typu nieżyciowe testy, to poczuje się jak w nowym lepszym świecie i uzmysławia sobie, że dotychczasowy autofocus, z którego korzystał, to był zwykły scam. Pierwsze, co uderza, to że AF-C, nawet nie mogąc rozpoznać żadnego obiektu z zaprogramowanej puli obiektów (ludzie, ssaki, ptaki, pojazdy, samoloty), wybiera sobie jakiś inny charakterystyczny obiekt w kadrze i się go trzyma. Co więcej, można wcisnąć spust migawki do połowy po raz drugi, trzeci czy dziesiąty i wciąż będzie to ten sam obiekt, a nie raz paproć, raz ściana, raz okno… I nie wiem jaka magia się tu odjaniepawla, ale najczęściej jest to właśnie ten obiekt, który nas interesu. Z pewnością jakieś uczenie maszynowe czy inne ejaje robią tutaj robotę. Druga sprawa, to że nie trzeba wybierać konkretnego typu obiektu, ponieważ aparat całkiem dobrze robi to automatycznie. Można strzelać na pałę bez przełączania czegokolwiek - co tylko aparat jest w stanie wykryć, to istnieje duża szansa, że wykryje prawidłowo. Trzecia sprawa: brak odczuwalnego opóźnienia migawki. Można wcisnąć spust od razu do końca i w tym samym ułamku sekundy najczęściej aparat złapie ostrość tam gdzie trzeba i zwolni migawkę.

Oczywiście nie ma róży bez kolców. Początkowy zachwyt podczas domowych testów OKD (czyt. o kant dupy) nieco stygnie, gdy się z Zf wyjdzie na ulicę i użyje go w boju. Okazuje się, ku zaskoczeniu, że on też potrafi spudłować. Nie tak często, jak to miał w zwyczaju X-T5, ale kompletnie spartaczone kadry też się zdarzały - i to w dość oczywistych sytuacjach, kiedy wszystko powinno pójść gładko. Nie udało mi się wychwycić tutaj żadnej prawidłowości - ot, czasem ni z gruchy, ni z pietruchy, autofocus odwala knota jakby bez powodu. Na szczęście przypadki te są w zdecydowanej mniejszości. Mam wrażenie, że Zf bardzo dobrze radzi sobie z obiektami w ruchu, ale już nieco gorzej, gdy to fotograf jest w ruchu. A na ulicy często jest tak, że robi się zdjęcia idąc lub nawet podbiegając do jakiejś sceny, panoramuje się za kimś, ustawia się aparat wyżej, niżej, a to bliżej ciała, a to na wyciągniętej łapie, cały czas robiąc zdjęcia. W takich sytuacjach ta wspaniałość autofocusa gdzieś ulatuje, ale wciąż jest to poziom w miarę poprawny i… generalnie da się. W tak skrajnych warunkach, które niestety zdarzają mi się dość często, wciąż jest to poziom lepszy od Fuji, ale już nie o lata świetlne. W bardziej kontrolowanych warunkach, gdzie można sobie pozwolić na odrobinę spokoju, szczególnie w sporcie, zdjęciach przyrody, aranżowanym portrecie itp. Zf powinien błyszczeć.

Ekran i wizjer

Zawsze preferowałem odchylany ekran zamiast obrotowego, bo ten pierwszy jest szybszy w obsłudze. W Zf przestałem jednak niemal w ogóle używać ekranu i pozostawiałem go zamkniętym przez większość czasu. I chyba właśnie to stało się moją ulubioną funkcją obrotowego ekranu - jego zamykanie. W sumie to teraz wręcz marzę o aparacie, który w ogóle nie ma ekranu, ale ma elektroniczny wizjer, pozwalający na pełną obsługę i podgląd zdjęć na szybko, z możliwością podłączenia po kabelku tabletu, żeby można było na spokojnie przejrzeć zdjęcia w domu i je sobie wywołać do JPEGów. Wracając jednak do Zf: ekran jest jak najbardziej w porządku, choć trochę zbyt masywny jak na mój gust. Nie pomaga fakt, że ma on przekątną 3,2”, więc po parę milimetrów więcej z każdej strony, niż standardowe 3”. Czy to jest czegokolwiek warte? Nie, choć obraz na nim wyświetlany ma naprawdę dobrą rozdzielczość. Oddałbym jednak te milimetry i piksele za nieco mniejszą ramkę - może puszka stałaby się nieco smuklejsza. Trzeba oddać, że funkcja dotykowa działa sprawnie, choć i tak ją wyłączyłem. Przez długi czas wkurzała mnie wada w postaci czujnika zbliżeniowego, który pozostawał aktywny również przy odchylonym ekranie. Wystarczyło machnąć ręką (a przy odchylonym ekranie się nią macha, bo się go odchyla) albo zbliżyć aparat do ciała i ekran się wyłączał, a włączał się wizjer. Musiałem przyciskiem wyłączać wizjer, żeby uniknąć tej dyskoteki. Na szczęście w którejś z aktualizacji oprogramowania poprawiono tego babola i wszystko już działa jak należy.

Wizjer jest spory, ma dobrą rozdzielczość (choć nie topową - zdaje się, że jest podobnej klasy jak w X-T5) i fajną dużą okrągłą muszlę oczną. Obraz w nim wyświetlany jest bardzo zbliżony do tego na ekranie zarówno jeśli chodzi kolorystykę, jak i kontrast. Jasność oczywiście zależy od warunków oświetleniowych i może się nieco różnić na ustawieniach automatycznych, ale da się ją w razie potrzeby dostroić ręcznie poprzez skrót w podręcznym menu. W ogóle maksymalna jasność, zarówno wizjera jak i ekranu, jest niespotykanie wysoka, co zapewnia czytelność pewnie nawet przy rozbłysku jądrowym. Drobną i czysto subiektywną wadą wizjera jest dla mnie minimalnie niedostateczny zakres korekcji dioptrażu. Na skrajnej pozycji pokrętła regulującego bez okularów widzę nie do końca nieostry obraz. Jakby tak dało się przekręcić pokrętło o jeszcze jeden ząbek, byłoby idealnie. W okularach oczywiście nie mam najmniejszego problemu. Obiektywnie jednak trudno winić Nikona za moją wadę wzroku. Natomiast za klatkowanie obrazu w wizjerze w gorszych warunkach oświetleniowych już słowa krytyki się należą. Klatkowanie to nie jest szczególnie uciążliwe, dużo mniej widoczne niż w starszych modelach Fuji, ponadto nie pojawia się zawsze. Chyba się do niego przyzwyczaiłem, bo już nie zwracam na nie tak bardzo uwagi. Nie do końca jednak udało mi się odkryć zależność, kiedy ten problem zaczyna się uwidaczniać. Gdybym miał zgadywać, to postawiłbym na jakiś związek z odprowadzaniem ciepła z matrycy/baterii/stabilizacji, bo najczęściej nie występuje on na zimnym aparacie tuż po jego włączeniu.

Obiektywy

System Z jest już chyba na tyle dojrzały, że śmiało można powiedzieć, że znajdziemy w nim wszystko, choć nie zawsze tanio. Nie wiem też, czy mi się tylko to wydaje, czy faktycznie część obiektywów Nikona jest jakaś taka przesadnie duża gabarytowo. Zwykły 28-75 f/2,8 to już jest taka fujara, że aż policzki się czerwienią, gdy się na niego patrzy, a to przecież najbardziej standardowy z możliwych zoom. Inni producenci stają na głowie, żeby to było możliwie jak najbardziej poręczne. A najsmutniejsze jest to, że odpowiedniki wielu tych obiektywów w systemie F były nawet nieco mniejsze. No ale dość tych gorzkich żali - Nikony to sprzęt dla dorosłych chłopaków, więc lufy muszą być duże (a lustro ma łomotać aż smar będzie leciał!). Na szczęście jest też kilka dość małych i w miarę zgrabnych szkieł. W miarę, bo ten wielki bagnet trochę je szpeci i gdyby nie on, to pewnie część z nich mogłaby być jeszcze mniejsza.

Na pierwszy ogień weźmy 28 f/2,8 i 40 f/2, bo oba są tanie, podobnie plastikowe i w zasadzie tak samo wyglądają. Ten pierwszy dostaje ode mnie dodatkowe baty za to, że nie ma światła f/2, a ten drugi za to, że nie jest 35-tką. Aczkolwiek łatwiej jest mi pogodzić się z tymi paroma milimetrami różnicy, niż z tą straconą działką przysłony. Obiektywy te są piórkowo lekkie, prawdopodobnie za sprawą prymitywnej plastikowej konstrukcji. Generalnie uznałbym to za wadę, jednak biorąc pod uwagę ich lekkość, plastikowe bagnety raczej nie doświadczą żadnych silnych naprężeń i przetrwają lata. A nawet jeśli nie, to i tak mała strata przy tej cenie. Szkła te nie są wybitne optycznie, ale też nie mają żadnych wad, które natychmiast rzucałyby się w oczy. Myślę, że rysują lepiej, niż wskazywałaby na to ich wartość. Autofocus działa w nich szybko i bezgłośnie, pod światło pracują OK, winieta jakoś szczególnie nie rzuciła mi się w oczy (często i tak ją dodaję), a jak nie będziecie szukać wad na siłę, to ich nie znajdziecie. Ładnie się one prezentują podpięte do Zf, szczególnie w wersji SE. Aczkolwiek jak im się przyjrzeć bliżej, te posrebrzane pierścienie udające pierścienie przysłony - oczywiście plastikowe - mocno zalatują tandetą. Ale z daleka majstersztyk… Podobno te obiektywy są uszczelnione, ale brałbym to raczej z przymróżeniem oka. 40-tki używałem dużo częściej, zdecydowanie najcześciej ze wszystkich wymienionych tu obiektywów. 28 mm to nie jest do końca moja ogniskowa i na początku musiałem się trochę zmuszać, żeby wyjść w miasto tylko z nią, ale po jakimś czasie zacząłem dostrzegać jej zalety i trochę bardziej rozumieć, czemu ludzie ją lubią. Mimo odpustowej budowy bardzo przyjemnie mi się z tych stałek korzystało i mogę je śmiało polecić. Oczywiście brak pierścienia przysłony jest ich skandaliczną wadą i zdania na ten temat nie zmienię.

Od niedawna korzystam też z Viltroksa 35 mm f/1,8 EVO, który dopiero co miał premierę. Kupiłem go z tęsknoty za prawdziwą 35-tką, a że ma on pierścień przysłony i w miarę rozsądne rozmiary, to liczyłem, że będzie to strzał w 10-tkę. I nie myliłem się. Albo inaczej: nie byłem daleki od prawdy. Optycznie obiektyw jest świetny, nic mu nie mogę zarzucić. Jest solidnie zbudowany, cały metalowy, wydaje się porządnie uszczelniony. Jest ze 2 razy większy niż wspomniane plastikowe naleśniki i zbliżony do Fujinona XF 23 f/1,4, którego miałem i bardzo lubiłem, ale wciąż jeszcze nie jest obiektyw, który mógłbym nazwać małym. Uznałbym to za drobnostkę i w pełni cieszył się tym obiektywem, gdyby nie fakt, że istnieje jeszcze takie ustrojstwo, jak TTartisan 40 f/2. Ten co prawda nie ma idealnej ogniskowej (ale ma taką, którą już sobie oswoiłem i czuję się z nią pewnie), ale też ma pierścień przysłony i jest przy tym doskonale malutki. I dopóki go nie przetestuję, to nie będę w stanie wydać ostatecznego werdyktu na temat Viltroksa. To rozmiar i obecność pierścienia przysłony powodują, że wciąż częściej na ulicę zabieram X100. Jeśli Zf choć trochę bardziej zbliży się rozmiarem do Fuji, to może te 5 mm różnicy nie będzie powodować takiego niedosytu, jaki powodują niewystarczająco kompaktowe rozmiary i brak pierścienia przysłony w omówionych powyżej konfiguracjach. Gdy już się dowiem, to dam znać…

Trzecim z obiektywów, o którym opowiem, jest 24-200 f/4-6,3. Mimo, że jest to spory obiektyw jak na moje standardy, to i tak zaledwie o 1/3 większy od Viltroksa, a przy tym zakresie ogniskowych można mu to wybaczyć. Dla mnie to typowo wycieczkowy obiektyw, ewentualnie do tzw. nowej topografii, w której nieśmiało próbuję swoich sił. To, że jest ciemny, zupełnie mi nie przeszkadza, bo widoczki nie uciekają. I na pasku w połączeniu z Zf nawet nie nosi się go jakoś źle. Sam instrument jest przyzwoitej konstrukcji, ma metalowy bagnet, porządne uszczelnienia, przyjemnie pracują w nim wszystkie pierścienie. Wysuwa się na dość dużą odległość, ale w miarę liniowo wraz ze wzrostem ogniskowej, a sam teleskopowy tubus sprawia wrażenie solidnego. Optycznie, jak na zoom o takich parametrach, jest naprawdę spoko. Nie zauważyłem nic, co by mi zepsuło zdjęcia czy w jakikolwiek sposób pogorszyło ich odbiór. No ale wiadomo, ja tu stosuję sprawdzoną receptę: jak coś jest dobrze, to nie drąż tematu, bo na pewno będzie gorzej. Tak w ogóle to ten obiektyw ma wbudowaną stabilizację optyczną i ponoć ona współpracuje ze stabilizacją matrycy. Do jej wydajności nie mam żadnych zastrzeżeń. I tym obiektywem również bardzo przyjemnie mi się pracowało. Gdybym miał się teraz pozbyć całego szpeju Nikona, to chyba właśnie za nim tęskniłbym najbardziej. Małe stałki to sobie wszędzie można znaleźć, a tak poręczny zoom w nieprzesadnym rozmiarze to nawet w Micro 4/3 niełatwo znaleźć, a w Fuji to w ogóle go nie ma.

Ostatnim obiektywem z bagnetem Z, z jakim miałem do czynienia, był Yamaojungao 85 f/1,8. To całkiem zgrabna chińska portretóweczka, kupiona z potrzeby chwili na rodzinną imprezę. Miała zrobić trochę portretowych zdjęć i zupełnie nieźle sobie z tym poradziła, a nawet posłużyła mi jeszcze kilka razy przy innych okazjach. Zdjęć z tego obiektywu, które nadawałyby się do publikacji, niestety nie mam. Moje doświadczenie w jego użytkowaniu jest też znikome, więc będę się wypowiadał ostrożnie. Ale zaskoczył mnie on pozytywnie, w środku kadru (czyli tam, gdzie trzeba) okazał się całkiem ostry nawet na pełnej dziurze, działał zupełnie sprawnie. Na potańcówce przy stroboskopach trochę pudłował, ale trudno mi ocenić, czy to wina obiektywu, korpusu, czy zbyt wymagających warunków. Budowa jest metalowa, włącznie z bagnetem, chyba nawet jakieś uszczelnienia są. Ja bym go brał w ciemno drugi raz, na pewno wahając się przy tym mniej, niż gdybym miał kupować oryginalnego Nikkora o tych parametrach.

Jakość obrazu

Ile megapikseli ma Nikon Zf? Tak. Szczerze mówiąc czuję, że od czasu poprzedniej recenzji, a może nawet już wcześniej, straciłem jakiekolwiek kompetencje do recenzowania aparatów, a w szczególności ich jakości obrazu. Odkąd przyjąłem pogląd, że wystarczająco dobrze to w praktyce idealnie, moje życie stało się szczęśliwsze. Jeśli ze zdjęcia da się odrobinę wycropować i wciąż wygląda ono dobrze na monitorze 4K 28” lub wydruku A2, to po co się brandzlować nad powiększeniem 400% w Lightroomie? Ba, ja nawet większości moich zdjęć nie widziałem na niczym większym, niż iPad Mini, bo tam zazwyczaj zaczynam i kończę ich skromną edycję i już do nich nie wracam, bo ruszyć robić kolejne zdjęcia. Zupełnie zmieniło się moje postrzeganie tego, czym jest dobre zdjęcie, a perfekcja stała się jego najmniej istotnym składnikiem, czasem wręcz niepożądanym. Żadne moje zdjęcie, które cokolwiek dla mnie znaczy, nie stałoby się lepsze, gdy było bardziej ostre czy mniej zaszumione. I co ja mam, biedny, tutaj napisać? Kupiłem tę pełną klatkę Nikona, żeby przypomnieć sobie, jak to było 12 lat temu, kiedy pozbyłem się Canona 5D II i już nie wróciłem do tego formatu. Czy wciąż jest ta magia? No sorry, ale ja jej nie czuję.

Tylko zrozummy się dobrze: Zf ma świetną matrycę, zapewne na poziomie najlepszych, przynajmniej pod kątem jakości obrazowania. Gołym okiem widać, że szumi wyraźnie mniej od jakiejkolwiek matrycy APS-C. W dodatku szum ten łatwo jest usunąć i zdjęcia nie są nim aż tak bardzo podziabane. Świetne jest też to, że wyłączenie odszumiania w JPEGach rzeczywiście oznacza brak odszumiania, więc można je samemu odszumić lepiej, niż zrobiłby to aparat. Dynamika jest z gumy, jeśli tylko sięgniemy po RAW, ale nawet w JPEGach jest nie najgorsza, jeśli użyje się dostępnych wspomagaczy D-Lighting. Trzeba co prawda uważać na światła na etapie ekspozycji - tutaj JPEGi z Fuji wybaczają więcej. A jak jest z kolorami? Jeśli nie szukamy udziwnień, a zależy nam jedynie na bardzo standardowym wyglądzie zdjęć, to nie ma się do czego przyczepić. Gorzej, jeśli oczekujemy nieco mniej klinicznego i cyfrowego wyglądu, bo tutaj bywa nieco frustrująco.

Profili kolorystycznych jest mnóstwo i można je podzielić na 3 grupy: 1) standardowe profile; 2) coś w rodzaju filtrów artystycznych; 3) profile stworzone w zewnętrznym oprogramowaniu i zaimportowane do aparatu. Te ostatnie można sobie zrobić samemu lub pobrać już gotowe z chmury Nikona, ale fabrycznie w nowym aparacie ich nie ma. Sam ich nie tworzyłem - jakoś odstręcza mnie dedykowane do tego oprogramowanie, sam proces nie różni się niczym od ślęczenia godzinami w Lightroomie, a efekt końcowy przypomina zwykłe presety z LR, które ładnie wyglądają na zdjęciach reklamowych, gdy jakiś influencer je próbuje sprzedać, a potem nie pasują do żadnego zdjęcia, do którego chcielibyśmy je zastosować. I rzeczywiście tak w dużej mierze jest. W chmurze tych gotowych presetów jest tysiące i można w nich utonąć, zanim cokolwiek się wybierze. Zaimportować można ich tylko kilka, więc trzeba wybierać mądrze. Ja tam spędziłem naprawdę obsceniczną ilość czasu, nie przejrzałem nawet połowy zasobów, coś tam wybrałem i szału na mnie nie zrobiły. Większość z nich jest mocno przerysowana, przesadzona, ewidentnie inspirowana cukierkowym instagramowym lookiem typu zielono-niebieski czy niebiesko-pomarańczowy filtr. Ponadto po zaimportowaniu ich do aparatu niewiele już można z nimi zrobić, jedynie trochę podregulować jasność, dynamikę i balans bieli.

Drugą grupą są te niby filtry artystyczne. Co prawda nie zostały tak nazwane przez producenta, bo znajdują się w tym samym worku, co standardowe profile i jedynie nadano im wymyślne i niewiele mówiące nazwy, ale widać wyraźnie, że są bardziej odjechane i zabawkowe, niż te podstawowe profile. Trochę mi one przypominają te fabryczne presety a’la vintage w Lightroomie - na domyślnych ustawieniach bezużyteczne, ale jak się trochę w nich pogrzebie i je nieco stonuje, to czasami jeszcze ujdą. I na szczęście można je stonować, wybierając ich intensywność w 10-stopniowej skali (wygląda to jak regulacja przezroczystości warstwy), i gdzieś w okolicach 20-30% zaczyna to mieć ręce i nogi. Można regulować kontrast, wyostrzanie i clarity, co niestety często bywa zgubne i trudno znaleźć właściwy balans między nimi, tak aby zdjęcie nie wyglądało blado, ale nie miało też widocznych jasnych obwódek wokół krawędzi kontrastujących ze sobą obszarów. Mamy tam wyostrzanie, wyostrzanie środkowego zakresu, przejrzystość i kontrast, czasem w skali od -2 do +2, czasem -3 do +9, czasem -5 do +5, w każdym z tych profili wartość domyślna jest gdzie indziej, nie wiadomo co oznacza 0… Zmarnowałem już tyle czasu na próby ogarnięcia tego metodą prób i błędów, a i tak na wielu zdjęciach widzę te irytujące obwódki. Całkiem przyzwoicie wyglądają za to profile czarnobiałe, ale - jak na nieszczęście - w ostatnim czasie kompletnie straciłem zainteresowanie fotografią pozbawioną koloru.

A ostatnią grupą są profile standardowe, czyli te najzwyklejsze, mające na celu oddać w miarę neutralny obraz. Trochę się różnią nasyceniem i kontrastem, w zależności od tego, czy mają być bardziej płaskie, krajobrazowe, portretowe itp., ale generalnie to są różne wersje tego samego… Domyślny profil standardowy jest niczego sobie, podobnie jak Portret o bogatych odcieniach, który daje bardziej kontrastowy obraz, niż zwykły Portret, ale jednocześnie neutralizuje różne zafarby koloru skóry, co czasem się przydaje. Tutaj też są 3 profile B&W, również całkiem miłe dla oka. Cały pakiet jest całkiem użyteczny, ale efekty są pospolite. Brakuje tutaj jakiegoś takiego dyskretnego sznytu, jak w Fujifilm, gdzie byłoby widać, że zdjęcie jest mniej sterylne, ale nie do końca da się wywnioskować, co tam w nim zostało podkręcone. W Zf jest albo bardzo grzecznie i zwyczajnie, albo wulgarna przeginka z kolorami, tintą czy kontrastem. I można próbować szukać czegoś pośrodku, majstrując ustawieniami - czasami nawet się uda, ale trudno o powtarzalność. W Fuji jak sobie ustawię jakąś symulację, to ona mi niemal zawsze pasuje do każdej sytuacji, do każdego oświetlenia, do każdej kolorystyki w kadrze. W Nikonie jest loteria. I nawet jak już trafię z kolorami, to przynajmniej w połowie przypadków gdzieś ta cyfrowa się sztuczność się przebija. Gdy gdzieś widzę JPEGi z jakiegoś Nikona, to od razu wiem, że to Nikon i niestety najczęściej nie idzie to w parze z zachwytem. Mają taką specyficzną kolorystykę, albo niebiesko-zielonkawą, albo bordowo-brunatną, często z buraczanymi odcieniami twarzy. Ale i tak nie zmusiły mnie one do edytowania kolorów w LR, więc chyba jednak zdały egzamin. Owszem, zdały, ale na 4, a nie na 6.

Podsumowanie

Hmm… Chyba trochę za mocno przebił się ton rozgoryczenia, że te nikonowskie JPEGi nie wyglądają tak, jak z Fuji. Miało wyjść nieco bardziej pozytywnie, ale coś mnie zapiekło w trakcie pisania… No trudno. JPEGi są jakie są, i tak ich używam, i tak jestem w stanie osiągnąć na nich zadowalający efekt, a czasem nawet więcej niż zadowalający. Nie są jak z Fuji, ale za to są jak z Nikona! Ja wiem, które zdjęcia są z którego aparatu, ale bądźmy szczerzy: nikogo więcej to nie interesuje. Ostatecznie bardzo dobrze mi się użytkuje Nikona Zf i jestem w pełni usatysfakcjonowany jego osiągami, możliwościami i efektami. Szczególnie doceniam go w czasie nocnych wypadów w miasto, gdzie f/1,8 lub f/2 i świetna matryca jednak robią robotę nawet nieco lepszą, niż f/1,4 na APS-C. Drobny element niezadowolenia oczywiście jest i być musi, bo lekko poirytowany i niezadowolony ahrthystha jest bardziej twórczy i zmotywowany. Ponadto Zf nie jest moim jedynym aparatem, więc mogę sobie je porównać i pomarudzić, a jak już mi się któryś znudzi, to sięgnę po inny. Gdybym miał jedynie Nikona, to - jak to ludzie mają w zwyczaju - chroniąc swój dobrostan psychiczny, starałbym się dostrzegać więcej jego zalet, a pewne wady bym marginalizował. I bez zająknięcia robiłbym nim zdjęcia i cieszył się jak głupi do sera. Na ulicę częściej jednak zabieram X100, nic na to nie poradzę. Na wyjazd bardziej miejski również X100. Na wyjazd bardziej krajobrazowy raczej Nikon. Do jakiejś bardziej ambitnej roboty zdecydowanie Nikon.

Mam też obawy co do dalszych losów serii Zf. Mam przeczucie, że Nikon nie będzie jej kontynuował i nie ujrzymy nigdy Zf II ani nowych sensownych obiektywów do niego dedykowanych, choć z przyjemnością to odszczekam, jeśli fusy po kawie źle podpowiedziały mi przyszłość. Sądzę, że to była tylko taka sprytna przynęta, która zadziałała na ciekawskich gadżeciarzy, w tym na mnie. Może kogoś ona przyciągnie do systemu na stałe i wzbudzi zainteresowanie poważniejszymi korpusami, może ktoś sobie odpuści tę zajawkę retro i z braku odpowiednich obiektywów wpadnie po uszy w nikonowski mainstream, a może ktoś przyjdzie tylko na chwilę i zostawi kupę kasy, żeby pobawić się nową zabawką i zniknąć. Nie wykluczam, że za jakiś czas zasilę grono tych ostatnich, jeśli ten scenariusz się ziści, a może nawet i wcześniej, jeśli znudzi mi się czekanie. Póki co będę używał Zf do zadań specjalnych i jako okazjonalna odskocznia od X100 do momentu, aż mnie życie nie przyciśnie finansowo albo aż nie pojawi się kolejna zabawka, która zawróci mi w głowie (choć łudzę się, że trochę się już na to uodporniłem). Dziękuję za uwagę.

Wady

  • brak pierścienia przysłony na większości obiektywów

  • brak banków ustawień użytkownika

  • bezużyteczna migawka elektroniczna

  • przeciętna estetyka JPEGów

  • rozmiar i waga

Zalety

  • klasyczny wygląd

  • szybkość działania

  • dobry autofocus

  • odchylany ekran

  • świetna matryca

Next
Next

RAW czy JPEG, obrabiać czy nie